http://psiaki.poszkole.pl/Cukierka,1201602.html Daj na miskę pliska
;)
;)
Tagi:
PS
19.02.2010 o godz. 11:42
komentuj (0)
Jeśli ktoś może to niech napisze mi streszczenie do Nemeczek str 98-99 Podręcznik Słowa na start Wydawnictwo Nowa era
Tagi:
zad dom
04.02.2010 o godz. 21:25
EJ POMOCY POSIADAM TELEFON LK CHOCOLATE I ZAWSZE DZIAŁAŁ SPRAWNIE LECZ NIEDAWNO ZACZĄŁ MI WYSKAKIWAĆ BŁĄD REJESTRACJI KARTY SIM..!!!JEŚLI WIECIE CO MAM ZROBIĆ POWIEDZCIE..PROSZEEE
Tagi:
ZROSPACZONA
26.01.2010 o godz. 15:08
Witam, witam czytelników wypocin Mayumi! Na początku parę rzeczy niecierpiących zwłoki.Po pierwsze to wszystkiego naj naj w nowym roku(nie pisałam juz od miesiąca, więc nie miałam kiedy wam życzeń noworocznych złożyć). I też wielkie GOMEN za to, że tak długo mi się nic pisać nie chciało(ueeeee.... BAKA Mayu!) Mam nadziję, że już nigdy was tak nie będe zaniedbywać. I po trzecie to dziękuje bardzo za wszystki miłe komentarze, ciesze się niezwykle z tego, że czytanie mojego bloga was nie nudzi i sprawia wam przyjemność. Dziekuję <3
W sumie to niespecjalnie wiedziałam o czym tym razem napisac. Chciałąm o jakiejś j-musik, bo dawnooo niec o tym nie było. Niestety( a może stety xD) jakoś wyszło tak, że uzależniłam się od k-pop'u. Nie chcę mieszać na tym blogu więc nic o k-pop'ie nie będzie (no chyba, że chcecie). Już miałam inny pomysł, a ty mi nagle wyskoczyła moja kochana Kuu-chan z nowym świetnym teledyskiem...

Kumi Koda jest zdecydowanie moim numerem 1 jeśli chodzi o J-pop. Według mnie jest bardzooo utalentowaną wokalistką o dobrym, wyrobionym głosie( a do tego Kuu-chan jest też taka ślicznaaa(zazdroszcze)). Jej piosenka SUPERSTAR tylko mnie w tym utwierdziła. Myśle, że mogę polecić wysłuchania tej piosenki zarówno wszystkim fanom twórczości Kumi, jak i osobom, której jej jescze nie poznały i tym, którym jej muzyka się nie podoba(a nóż zmienicie zdanie). Piosenka pochodzi z nowego albumu artystki - UNIVERSE <3
Z góry przepraszam za wszystkie błędy gramatyczne i stylistyczne. Jesli ktos też uwielbia Kumi to zapraszam na stronę - http://kumi-land.blogspot.com/ Bardzo polecam( a i żeby nie było wątpliwości tkumi-land to nie moja stona) :)
Mam nadzieje, że nie umrzecie z nudów w czasie czytania tej notki xDD
Całus od Mayumi-chan :*
W sumie to niespecjalnie wiedziałam o czym tym razem napisac. Chciałąm o jakiejś j-musik, bo dawnooo niec o tym nie było. Niestety( a może stety xD) jakoś wyszło tak, że uzależniłam się od k-pop'u. Nie chcę mieszać na tym blogu więc nic o k-pop'ie nie będzie (no chyba, że chcecie). Już miałam inny pomysł, a ty mi nagle wyskoczyła moja kochana Kuu-chan z nowym świetnym teledyskiem...

Kumi Koda jest zdecydowanie moim numerem 1 jeśli chodzi o J-pop. Według mnie jest bardzooo utalentowaną wokalistką o dobrym, wyrobionym głosie( a do tego Kuu-chan jest też taka ślicznaaa(zazdroszcze)). Jej piosenka SUPERSTAR tylko mnie w tym utwierdziła. Myśle, że mogę polecić wysłuchania tej piosenki zarówno wszystkim fanom twórczości Kumi, jak i osobom, której jej jescze nie poznały i tym, którym jej muzyka się nie podoba(a nóż zmienicie zdanie). Piosenka pochodzi z nowego albumu artystki - UNIVERSE <3
Z góry przepraszam za wszystkie błędy gramatyczne i stylistyczne. Jesli ktos też uwielbia Kumi to zapraszam na stronę - http://kumi-land.blogspot.com/ Bardzo polecam( a i żeby nie było wątpliwości tkumi-land to nie moja stona) :)
Mam nadzieje, że nie umrzecie z nudów w czasie czytania tej notki xDD
Całus od Mayumi-chan :*
23.01.2010 o godz. 21:12
Cudna sprawa! A raczej muza. Od wczoraj magluję płytkę, która wpadła mi w łapy, czyli soundtrack z japońskiego filmu Assault Girls.

Muzykę skomponował niezawodny Kenji Kawai, który stworzył utwory do takich filmów jak Ringu, Ringu 2 czy Dark Water. Oprócz tego możemy posłuchać jego kompozycji w anime Ghost in the Shell i wielu innych.
Jednak soundtrack z Assault Girls szczerze polecam, bo naprawdę warto zagłębić się w te jakże ciekawe dźwięki.

Muzykę skomponował niezawodny Kenji Kawai, który stworzył utwory do takich filmów jak Ringu, Ringu 2 czy Dark Water. Oprócz tego możemy posłuchać jego kompozycji w anime Ghost in the Shell i wielu innych.
Jednak soundtrack z Assault Girls szczerze polecam, bo naprawdę warto zagłębić się w te jakże ciekawe dźwięki.
26.12.2009 o godz. 10:15
http://tweeter.faxo.com/Top_Justin_Bieber_Country_December
Głosujcie na polskę <3333333333333
Głosujcie na polskę <3333333333333
Tagi:
justin
24.12.2009 o godz. 14:16
Shinnen omedeto, czyli wesołych świąt po japońsku życzę wszystkim czytelnikom bloga <3 Ciesze się, że już piszę prawie rok. Mam nadzieje, że nie znudziłam was na śmierć xD
Jesli chodzi o to co będe robic w święta to:
a) oglądać anime( musze zobaczyć jescze raz Nanę, skończyć Vampire Knight i może coś jeszcze, najlepiej yaoi xP)
b) jeść różne dobre rzeczy, jeeee
c) jarac się j-rock'erami i moja nowa love - k-pop'erami razem z najlepszymi kumpelkami ^^
d) spotykać znjomych
e) bawić się i odpocząć xDDD
f) SPAĆ !!!!!
No więc wyjątkowo offtopowa notka xD Życze Wesołych Świąt! Bawcie się dobrze i nie zapomniejcie o moim blogu xDD
Jesli chodzi o to co będe robic w święta to:
a) oglądać anime( musze zobaczyć jescze raz Nanę, skończyć Vampire Knight i może coś jeszcze, najlepiej yaoi xP)
b) jeść różne dobre rzeczy, jeeee
c) jarac się j-rock'erami i moja nowa love - k-pop'erami razem z najlepszymi kumpelkami ^^
d) spotykać znjomych
e) bawić się i odpocząć xDDD
f) SPAĆ !!!!!
No więc wyjątkowo offtopowa notka xD Życze Wesołych Świąt! Bawcie się dobrze i nie zapomniejcie o moim blogu xDD
23.12.2009 o godz. 15:23
Ohayou wszytkim ^.^
Nareszcie zabrałam się za napisanie tej notki. Trzeba było trochę czekać. Gomen. Nie chciałam żeby tak było, ale jakoś tak wyszło, że pisze dopiero teraz. Mam nadziję, że warto było czekać xD Przed państwe Nowa Notka!!!
Jestm totalnie uzależniona od japońskich magazynów... Toteż przygotowałam wam listę (+ skany z tychże gazetek) najładniejszych, najorginalniejszych, tych, które najbardziej chciałabym mieć, po prostu the best of the best nowości ^_^

♥ buty z podeszwą w kształcie serduszek( niezbyt praktyczne na śnieg, ale co tam, liczy się, że są śliczne xD )
♥ krótkie sweterki( ten zielony i w serduszka ^.^ Sama słodycz, Mayu takie chce... )
♥ fryzury z warkoczmi ( kawaii są ^^ )
♥ lolicia pinku sukienka ( jest taka piękna, że tego się aż opisać nie da... choć raczej nie do szkoły xP )
♥ zestawy school i after school ( ah, EGG, jak nie kochac tej gazetki, te zestawy są cud, miód i orzeszki )
♥ bluza z kocimi uszami ( wiem, że to jest oklepane, ale ta mi sie wyjatkowo podoba)
♥ i jeszcze parę ślicznych zestawów na koniec...
Skany pochodza z magazynów: Kera, EGG, SCawaii, Zipper i Popteen. Serdzecznie pozdrawiam Yuki, Nezumi i wszystkich tych, których mój blog jeszcze nie znudził. Dzięki wielki, to dla was pisze. Kocham was <3
Nareszcie zabrałam się za napisanie tej notki. Trzeba było trochę czekać. Gomen. Nie chciałam żeby tak było, ale jakoś tak wyszło, że pisze dopiero teraz. Mam nadziję, że warto było czekać xD Przed państwe Nowa Notka!!!
Jestm totalnie uzależniona od japońskich magazynów... Toteż przygotowałam wam listę (+ skany z tychże gazetek) najładniejszych, najorginalniejszych, tych, które najbardziej chciałabym mieć, po prostu the best of the best nowości ^_^

♥ buty z podeszwą w kształcie serduszek( niezbyt praktyczne na śnieg, ale co tam, liczy się, że są śliczne xD )
♥ krótkie sweterki( ten zielony i w serduszka ^.^ Sama słodycz, Mayu takie chce... )
♥ fryzury z warkoczmi ( kawaii są ^^ )
♥ lolicia pinku sukienka ( jest taka piękna, że tego się aż opisać nie da... choć raczej nie do szkoły xP )
♥ zestawy school i after school ( ah, EGG, jak nie kochac tej gazetki, te zestawy są cud, miód i orzeszki )
♥ bluza z kocimi uszami ( wiem, że to jest oklepane, ale ta mi sie wyjatkowo podoba)
♥ i jeszcze parę ślicznych zestawów na koniec...
Skany pochodza z magazynów: Kera, EGG, SCawaii, Zipper i Popteen. Serdzecznie pozdrawiam Yuki, Nezumi i wszystkich tych, których mój blog jeszcze nie znudził. Dzięki wielki, to dla was pisze. Kocham was <3
11.12.2009 o godz. 21:20
Matkoboskaczęstochoska, jak ja dawno tutaj nie pisałam.
Przepraszam Was bardzo, bardzo, bardzo, bardzo. Obiecuję, że teraz bardziej będę przykładać się do bloga.
Ostatnio mam tyle problemów, strasznie dużo nauki w nowej szkole i wszystko mnie dobija. Ale wiem, wiem, to żadna wymówka.
Jak tylko znajdę jakiś ciekawy temat to od razu będę pisać!
I kocham Was wszystkich, o.
Przepraszam Was bardzo, bardzo, bardzo, bardzo. Obiecuję, że teraz bardziej będę przykładać się do bloga.
Ostatnio mam tyle problemów, strasznie dużo nauki w nowej szkole i wszystko mnie dobija. Ale wiem, wiem, to żadna wymówka.
Jak tylko znajdę jakiś ciekawy temat to od razu będę pisać!
I kocham Was wszystkich, o.
Tagi:
japonia
20.11.2009 o godz. 08:33
Ojej od dawna nie było mnie na bloblo sorki za to ale chciałam napisać kilka newsów z mojego życia :P
Zaczne od tego że mam swoją ulubioną gwiazdę :P
Justin Bleber <33 http://www.youtube.com/watch?v=SWTdh8eM_aY&feature=fvw Jest super :P
śpiewa fajnie i jest ładny :P Koch <3<3<3
Hmmm... co jeszcze może to że urosłam 12cm w pół roku i..........
Czy wy se ludzie zdajecie sprawę że już niedługo święta :P
Ale też to że dziś sobota i trzeba posprzątac co robi własnie moja mama :P Ja nigdy nie sprzątam.
Dobra kończe bo gadam jakieś totalne głupstwa jutro zwów napisze :P Paaaaaa
Dodawajcie komentaże :P
Zaczne od tego że mam swoją ulubioną gwiazdę :P
Justin Bleber <33 http://www.youtube.com/watch?v=SWTdh8eM_aY&feature=fvw Jest super :P
śpiewa fajnie i jest ładny :P Koch <3<3<3
Hmmm... co jeszcze może to że urosłam 12cm w pół roku i..........
Czy wy se ludzie zdajecie sprawę że już niedługo święta :P
Ale też to że dziś sobota i trzeba posprzątac co robi własnie moja mama :P Ja nigdy nie sprzątam.
Dobra kończe bo gadam jakieś totalne głupstwa jutro zwów napisze :P Paaaaaa
Dodawajcie komentaże :P
14.11.2009 o godz. 12:05
Po pierwsze, gomen, gomen, GOMEN !!! Przepraszam wszystkich czytelników mojego bloga za zaniedbanie go i za brak nowych notek przez długiii czas. Niechciałam, ale jakoś tak wyszło, że nie miałąm nowych pomysłów, ali czasu żeby coś skrobnąć, ale dzisiaj nareszcie nadszedł czas nowej notki ^^ Oto ona:
Tym razem panna Mayumi przegotowała dla was notke o japońskich włosach. Pewnie zauważyliście, że japonki bardzo orginalnie się czeszą. Kazda subkultura wyraża siebie poprzez ubrania, sposób zachowania, zainteresowania i wreszcie poprzez fryzurę.
Zaprezentuję wam tutaj trzy style uczesania:

1. Decora Hair:
Na głowach dziewczyn ubierających się w stylu Decora można zobaczyć chyba każdy kolor występujący na swiecie od naturalnych czarnych poprzez farbowany blond aż po różowe lub kolorowe. Czeszą je bardzo często w kucyki, z reguły maja długą prosta grzywkę. Obowiązkowo we włosach znajduje się dużoo róznych ozdób np. spinek, kolorowych gumek, kokardek, kocich uszek itp.

2. Ganguro/Yamamba Hair:
Miłośniczki tych dwóch stylów z reguły farbuja włosy na jasny blond lub brąz jednak można spotkac też jasno-różowe, zółte lub w innych dzikich kolorach. Ganguro i Yamamby tapirują włosy i zostawiaja rozpuszczone lub czeszą w kucyki. Czasem robia też loki. We włosy lubią wkładać kwiaty i robić sobie kolorowe pasemka.

3. Gothic Lolita Hair:
Gotyckie lolity włosy pozostawiaja czarne lub brazowe, czasem blond. Czasem je kręcą, a czasem zostawiaja proste(to zależy od gustu). Prawie zawsze maja grzywkę. Czeszą się w kucyki, koki lub rozpuszczaja włosy. W ich włosach mozna znaleźć kokardę, kapelusiki itp.
Namęczyłam sie z ta notką...
Mam nadziję, że się podobało.
Całusek od Mayu-chan ;*
Tym razem panna Mayumi przegotowała dla was notke o japońskich włosach. Pewnie zauważyliście, że japonki bardzo orginalnie się czeszą. Kazda subkultura wyraża siebie poprzez ubrania, sposób zachowania, zainteresowania i wreszcie poprzez fryzurę.
Zaprezentuję wam tutaj trzy style uczesania:

1. Decora Hair:
Na głowach dziewczyn ubierających się w stylu Decora można zobaczyć chyba każdy kolor występujący na swiecie od naturalnych czarnych poprzez farbowany blond aż po różowe lub kolorowe. Czeszą je bardzo często w kucyki, z reguły maja długą prosta grzywkę. Obowiązkowo we włosach znajduje się dużoo róznych ozdób np. spinek, kolorowych gumek, kokardek, kocich uszek itp.
2. Ganguro/Yamamba Hair:
Miłośniczki tych dwóch stylów z reguły farbuja włosy na jasny blond lub brąz jednak można spotkac też jasno-różowe, zółte lub w innych dzikich kolorach. Ganguro i Yamamby tapirują włosy i zostawiaja rozpuszczone lub czeszą w kucyki. Czasem robia też loki. We włosy lubią wkładać kwiaty i robić sobie kolorowe pasemka.

3. Gothic Lolita Hair:
Gotyckie lolity włosy pozostawiaja czarne lub brazowe, czasem blond. Czasem je kręcą, a czasem zostawiaja proste(to zależy od gustu). Prawie zawsze maja grzywkę. Czeszą się w kucyki, koki lub rozpuszczaja włosy. W ich włosach mozna znaleźć kokardę, kapelusiki itp.
Namęczyłam sie z ta notką...
Mam nadziję, że się podobało.
Całusek od Mayu-chan ;*
31.10.2009 o godz. 15:33
Koniec marudzenia i użalania się nad byłymi związkami, które odeszły już do przeszłości i tymi, które być może jeszcze w przyszłości... (choć stawiam tylko na jeden jedyny, hehehe...). Duża zasługa w tym Takiej Jednej, hehehe.... :), która skutecznie swoim teatrzykiem zielonej gęsi mnie rozbawiła :) Na deser wrzucam reckę ''skośnookiego'' straszaka (a jakże!!!!)
____________________________________________________________
Miły i przyjemny film. Tajskie kino grozy niejednokrotnie mnie już zaskakiwało. Zazwyczaj była to fabuła, efekty specjalne bądź gore...makabryczne wydarzenia. Ta produkcja również zaskakuje i z pewnością spodoba się męskiej części publiczności, gdyż oto mamy okazję podziwiać piękne kobiety w niesamowicie zmysłowym tańcu...

Osiemnastoletnia Dau mieszka w małej tajskiej wiosce razem z babcią, która ją wychowała. Obie mają opinię czarownic, gdyż babka dziewczyny posiada umiejętności, które pozwalają jej korzystać z tajników magii. Schorowana kobieta przekazuje swoją wiedzę wnuczce od wielu lat. Niestety choroba kobiety postępuje i Dau jest zmuszona wyjechać do Bangkoku, aby zarobić pieniądze na potrzebne leki. Tam trafia do baru, gdzie podejmuje pracę tancerki go-go. Dla swoich celów zaczyna używać wcześniej przekazane jej zaklęcia magiczne, jednak łamie przy tym reguły, jakie rządzą magią. Ma to fatalne skutki...
Film ten pod wieloma względami przypomina japońskie i koreańskie produkcje grozy, gdzie obok ducha, który notabene jest główną tematyką filmu na co wskazuje sam tytuł (''pi'' w języku tajskim oznacza ducha) mamy także dość przyzwoite ilości czerwonej posoki na ekranie. Produkcja ta zdobyła od razu przychylne opinie krytyków, jak i fanów gatunku. Utorował on drogę kolejnym tajskim horrorom, choć nie był pierwszym. Mimo tego to właśnie on - zaraz obok Art of the Devil (2004) oraz Shutter (2004) - zdobył szereg pozytywnych recenzji na festiwalach filmowych, głównie na Frightfest w Londynie.
Ciekawostką jest fakt, że mimo iż cała akcja rozgrywa się w Bangkoku i większość aktorów pochodzi z Tajlandii, sam film został wyreżyserowany przez Brytyjczyka. Czy to źle? Wręcz przeciwnie. Paul Spurrier doskonale ukazał życie w nowoczesnym Bangkoku. W przejmujący sposób przedstawił historię młodej dziewczyny, która została zmuszona do wyjazdu z rodzinnej wioski, aby zarobić pieniądze na leki. W ''profesji'' jakiej się podjęła żądzą seks, rywalizacja i pieniądze. Aby coraz prężniej wspiąć się na szczeble kariery, Dau podejmuje ryzykowny krok i zaczyna korzystać z czarnej magii, jednak coraz bardziej zagłębiając się w ten mroczny i brutalny świat, zaczyna łamać wiele reguł. Wówczas to ciało jej zostaje opanowane przez potężne siły zła i z młodej i wrażliwej dziewczyny, Dau zmienia się diametralnie w bestię żądną krwi.
W filmie ujrzymy wiele młodych, atrakcyjnych kobiet i będziemy mogli podziwiać ich wdzięki. Swoją drogą uważam, że każda z nich zagrała naprawdę świetnie. W filmie zobaczymy także samego Spurrier'a, który zagrał pierwszego ''klienta'' Dau. No właśnie...Dau - tej postaci, a zwłaszcza aktorce, która wcieliła się w tą postać należy poświęcić nieco więcej uwagi. Tancerkę zagrała Suangporn Jaturaphut, co było bardzo dobrym wyborem. Jaturaphut jako Dau emanuje powabem, niewinnością, co kryje jednak seksualność bijącą z jej osoby.
W pewnych scenach, zwłaszcza podczas tańców i harców, film traci nieco swój nastrój grozy, jednak bardzo szybko ulega to zmianie, zwłaszcza wtedy, kiedy zapada noc i budzi się zło w naszej uroczej Dau. Będziemy mieli wówczas okazję oglądać sceny przesiąknięte krwią, nie zabraknie także wyprutych wnętrzności.
Może sam make-up ''złej Dau'' nie jest imponujący, to jednak sama Jatraphut jest doskonała. Naprawdę polecam.
____________________________________________________________
Miły i przyjemny film. Tajskie kino grozy niejednokrotnie mnie już zaskakiwało. Zazwyczaj była to fabuła, efekty specjalne bądź gore...makabryczne wydarzenia. Ta produkcja również zaskakuje i z pewnością spodoba się męskiej części publiczności, gdyż oto mamy okazję podziwiać piękne kobiety w niesamowicie zmysłowym tańcu...

Osiemnastoletnia Dau mieszka w małej tajskiej wiosce razem z babcią, która ją wychowała. Obie mają opinię czarownic, gdyż babka dziewczyny posiada umiejętności, które pozwalają jej korzystać z tajników magii. Schorowana kobieta przekazuje swoją wiedzę wnuczce od wielu lat. Niestety choroba kobiety postępuje i Dau jest zmuszona wyjechać do Bangkoku, aby zarobić pieniądze na potrzebne leki. Tam trafia do baru, gdzie podejmuje pracę tancerki go-go. Dla swoich celów zaczyna używać wcześniej przekazane jej zaklęcia magiczne, jednak łamie przy tym reguły, jakie rządzą magią. Ma to fatalne skutki...
Film ten pod wieloma względami przypomina japońskie i koreańskie produkcje grozy, gdzie obok ducha, który notabene jest główną tematyką filmu na co wskazuje sam tytuł (''pi'' w języku tajskim oznacza ducha) mamy także dość przyzwoite ilości czerwonej posoki na ekranie. Produkcja ta zdobyła od razu przychylne opinie krytyków, jak i fanów gatunku. Utorował on drogę kolejnym tajskim horrorom, choć nie był pierwszym. Mimo tego to właśnie on - zaraz obok Art of the Devil (2004) oraz Shutter (2004) - zdobył szereg pozytywnych recenzji na festiwalach filmowych, głównie na Frightfest w Londynie.
Ciekawostką jest fakt, że mimo iż cała akcja rozgrywa się w Bangkoku i większość aktorów pochodzi z Tajlandii, sam film został wyreżyserowany przez Brytyjczyka. Czy to źle? Wręcz przeciwnie. Paul Spurrier doskonale ukazał życie w nowoczesnym Bangkoku. W przejmujący sposób przedstawił historię młodej dziewczyny, która została zmuszona do wyjazdu z rodzinnej wioski, aby zarobić pieniądze na leki. W ''profesji'' jakiej się podjęła żądzą seks, rywalizacja i pieniądze. Aby coraz prężniej wspiąć się na szczeble kariery, Dau podejmuje ryzykowny krok i zaczyna korzystać z czarnej magii, jednak coraz bardziej zagłębiając się w ten mroczny i brutalny świat, zaczyna łamać wiele reguł. Wówczas to ciało jej zostaje opanowane przez potężne siły zła i z młodej i wrażliwej dziewczyny, Dau zmienia się diametralnie w bestię żądną krwi.
W filmie ujrzymy wiele młodych, atrakcyjnych kobiet i będziemy mogli podziwiać ich wdzięki. Swoją drogą uważam, że każda z nich zagrała naprawdę świetnie. W filmie zobaczymy także samego Spurrier'a, który zagrał pierwszego ''klienta'' Dau. No właśnie...Dau - tej postaci, a zwłaszcza aktorce, która wcieliła się w tą postać należy poświęcić nieco więcej uwagi. Tancerkę zagrała Suangporn Jaturaphut, co było bardzo dobrym wyborem. Jaturaphut jako Dau emanuje powabem, niewinnością, co kryje jednak seksualność bijącą z jej osoby.
W pewnych scenach, zwłaszcza podczas tańców i harców, film traci nieco swój nastrój grozy, jednak bardzo szybko ulega to zmianie, zwłaszcza wtedy, kiedy zapada noc i budzi się zło w naszej uroczej Dau. Będziemy mieli wówczas okazję oglądać sceny przesiąknięte krwią, nie zabraknie także wyprutych wnętrzności.
Może sam make-up ''złej Dau'' nie jest imponujący, to jednak sama Jatraphut jest doskonała. Naprawdę polecam.
20.10.2009 o godz. 13:28
Woetoli (polskie tłumaczenie tytułu brzmi ''Samotnik'') to debiut fabularny reżysera Park Jae-sik. Film jest horrorem podejmującym tematykę tzw. zjawiska hikikomori. Termin ten wywodzi się z języka japońskiego i odnosi się do osób, które zdecydowały się wycofać z życia społecznego. Osoby takie często szukają ekstremalnych stopni swojej izolacji. Czynnikiem, który zmusza je do takiego działania to zazwyczaj różne czynniki osobiste oraz społeczne w ich życiu. *

17-letnia uczennica Jeong Soo-na mieszka wraz z wujkiem oraz babką w pięknej i ekskluzywnej willi. Do momentu samobójczej śmierci swojej przyjaciółki, Ha-Jung, była ona wesołą nastolatką. Jednak po tym wydarzeniu dziewczyna zmieniła się nie do poznania. Przesiaduje całymi dniami zamknięta w swoim pokoju i prowadzi rozmowy z kimś, kogo nie widać. Każda ingerencja rodziny kończy się groźbą popełnienia samobójstwa.
Jej wuj, Se-jin prosi o pomoc swoja narzeczoną - Yoon-mi, która pracuje jako psychiatra i specjalizuje się w hikikomori. Kobieta podejrzewa, że za wszystkim stoi jakieś ukryte wydarzenie, do którego doszło w rodzinie.
Film swoją oficjalną premierę w Korei miał w dniu 18 września 2008 roku. Już w pierwszy tydzień po premierze zajął siódme miejsce w rankingu nowości filmowych z ponad 45 tysiącami wejść. Do dnia 5 października, film obejrzało już około 75 tys. widzów, a do 12 października zarobił on łącznie 412.300 $.
Zdobył on także wiele przychylnych recenzji od krytyków koreańskich jak i krytyków z krajów zachodnich.
Tu śmiało mogę napisać, że słusznie zasługuje on na miano jednego z najbardziej niesamowitych horrorów roku 2008. Widać, że fabuła jest przemyślana i nie dopatrzymy się jakiś nieścisłości czy tym bardziej jej niezrozumienia. Wszystko w sposób trwały buduje napięcie i namacalny lęk. W całej produkcji zobaczymy kilka scen śmierci, jednak mam wrażenie, że bardziej postawiono tu na lęk psychologiczny niż ten, który wypływa z makabrycznych widoków zakrwawionych twarzy czy innych przerażających postaci.
Z pewnością urzeknie nas melancholijność całej produkcji. Jakiejś specjalnej brutalności i krzyków tu brak. Ciekawe jest, że początkowo odniesiemy wrażenie, że śmierć przyjaciółki będzie głównym motywem przewodnim filmu. Jednak tak naprawdę okaże się, że właściwie to samobójstwo nie będzie miało nic wspólnego z wydarzeniami oglądanymi w Woetoli. Będzie to dla nas miłą niespodzianką, bo film nas zaskoczy i to niejeden raz. Z drugiej jednak strony czuję się nieco zawiedziona, że właśnie ten wątek został zepchnięty na drugi plan i zastąpiony dramatem rodzinnym Soo-na.
Poznamy mroczny sekret rodziny głównej bohaterki...jakże dramatyczny. Życie przesiąknięte bólem i cierpieniem.
Nie doszukujmy się jednak jakiś nowości pod względem fabularnym, gdyż problem alienacji pojawił się już w innej koreańskiej produkcji - APT w reżyserii Byeong-ki Ahn z roku 2006. Jednak tu niemal w sposób namacalny doświadczymy tej choroby cywilizacyjnej, która z roku na rok przybiera na sile i w swój niszczycielski wir wciąga coraz to nowe rzesze głównie młodych ludzi.
Jak wspomniałam, nie zabraknie tu scen, które przyprawią nas o dreszczyk, jednak da się zauważyć, że twórcy oszczędzają na makabrycznych efektach specjalnych tak charakterystycznych dla grozy rodem z Azji, czyli mam tu na myśli postać długowłosej kobiety. Owszem pojawi się ona w filmie, ale będzie to zaledwie w dwóch...może trzech scenach. Tak naprawdę najbardziej przerażające w całym filmie jest zachowanie Soon-na. Pogrążona zupełnie w obłędzie dziewczyna, traci kontakt z otaczającą ją rzeczywistością, a jej bliscy nie są w stanie jej pomóc.
Jednak żeby nie było tak słodko, ponarzekam nieco na końcówkę filmu, która wprowadza odrobinę zamieszania, gdy właśnie pojawia się rozwiązanie zagadki związane z problemami rodzinnymi. Wkrada się tu trochę niezrozumienia, co może popsuć zabawę i chyba to jest minusem (jak dla mnie jedynym) filmu.
Woetoli to film zdecydowanie dobry, jednak brakuje mu do miana bardzo dobrego, gdyż ukazana tu problematyka rodzinna wprowadziła całą produkcję na jakże utarty już szlak wielu koreańskich dreszczowców, co postawiło go obok setek innych podobnych filmów. Jednak jak najbardziej polecam jego obejrzenie, gdyż posiada kilka znakomitych scen, które zapadną nam w pamięć na długi, długi czas.
* http://en.wikipedia.org/wiki/Hikikomori

17-letnia uczennica Jeong Soo-na mieszka wraz z wujkiem oraz babką w pięknej i ekskluzywnej willi. Do momentu samobójczej śmierci swojej przyjaciółki, Ha-Jung, była ona wesołą nastolatką. Jednak po tym wydarzeniu dziewczyna zmieniła się nie do poznania. Przesiaduje całymi dniami zamknięta w swoim pokoju i prowadzi rozmowy z kimś, kogo nie widać. Każda ingerencja rodziny kończy się groźbą popełnienia samobójstwa.
Jej wuj, Se-jin prosi o pomoc swoja narzeczoną - Yoon-mi, która pracuje jako psychiatra i specjalizuje się w hikikomori. Kobieta podejrzewa, że za wszystkim stoi jakieś ukryte wydarzenie, do którego doszło w rodzinie.
Film swoją oficjalną premierę w Korei miał w dniu 18 września 2008 roku. Już w pierwszy tydzień po premierze zajął siódme miejsce w rankingu nowości filmowych z ponad 45 tysiącami wejść. Do dnia 5 października, film obejrzało już około 75 tys. widzów, a do 12 października zarobił on łącznie 412.300 $.
Zdobył on także wiele przychylnych recenzji od krytyków koreańskich jak i krytyków z krajów zachodnich.
Tu śmiało mogę napisać, że słusznie zasługuje on na miano jednego z najbardziej niesamowitych horrorów roku 2008. Widać, że fabuła jest przemyślana i nie dopatrzymy się jakiś nieścisłości czy tym bardziej jej niezrozumienia. Wszystko w sposób trwały buduje napięcie i namacalny lęk. W całej produkcji zobaczymy kilka scen śmierci, jednak mam wrażenie, że bardziej postawiono tu na lęk psychologiczny niż ten, który wypływa z makabrycznych widoków zakrwawionych twarzy czy innych przerażających postaci.
Z pewnością urzeknie nas melancholijność całej produkcji. Jakiejś specjalnej brutalności i krzyków tu brak. Ciekawe jest, że początkowo odniesiemy wrażenie, że śmierć przyjaciółki będzie głównym motywem przewodnim filmu. Jednak tak naprawdę okaże się, że właściwie to samobójstwo nie będzie miało nic wspólnego z wydarzeniami oglądanymi w Woetoli. Będzie to dla nas miłą niespodzianką, bo film nas zaskoczy i to niejeden raz. Z drugiej jednak strony czuję się nieco zawiedziona, że właśnie ten wątek został zepchnięty na drugi plan i zastąpiony dramatem rodzinnym Soo-na.
Poznamy mroczny sekret rodziny głównej bohaterki...jakże dramatyczny. Życie przesiąknięte bólem i cierpieniem.
Nie doszukujmy się jednak jakiś nowości pod względem fabularnym, gdyż problem alienacji pojawił się już w innej koreańskiej produkcji - APT w reżyserii Byeong-ki Ahn z roku 2006. Jednak tu niemal w sposób namacalny doświadczymy tej choroby cywilizacyjnej, która z roku na rok przybiera na sile i w swój niszczycielski wir wciąga coraz to nowe rzesze głównie młodych ludzi.
Jak wspomniałam, nie zabraknie tu scen, które przyprawią nas o dreszczyk, jednak da się zauważyć, że twórcy oszczędzają na makabrycznych efektach specjalnych tak charakterystycznych dla grozy rodem z Azji, czyli mam tu na myśli postać długowłosej kobiety. Owszem pojawi się ona w filmie, ale będzie to zaledwie w dwóch...może trzech scenach. Tak naprawdę najbardziej przerażające w całym filmie jest zachowanie Soon-na. Pogrążona zupełnie w obłędzie dziewczyna, traci kontakt z otaczającą ją rzeczywistością, a jej bliscy nie są w stanie jej pomóc.
Jednak żeby nie było tak słodko, ponarzekam nieco na końcówkę filmu, która wprowadza odrobinę zamieszania, gdy właśnie pojawia się rozwiązanie zagadki związane z problemami rodzinnymi. Wkrada się tu trochę niezrozumienia, co może popsuć zabawę i chyba to jest minusem (jak dla mnie jedynym) filmu.
Woetoli to film zdecydowanie dobry, jednak brakuje mu do miana bardzo dobrego, gdyż ukazana tu problematyka rodzinna wprowadziła całą produkcję na jakże utarty już szlak wielu koreańskich dreszczowców, co postawiło go obok setek innych podobnych filmów. Jednak jak najbardziej polecam jego obejrzenie, gdyż posiada kilka znakomitych scen, które zapadną nam w pamięć na długi, długi czas.
* http://en.wikipedia.org/wiki/Hikikomori
14.10.2009 o godz. 14:03
Full Metal Yakuza to taki niskobudżetowy i do tego gangsterski Robocop, gdzie motywem przewodnim jest yakuza i zemsta. Reżyserem tego zaskakującego dzieła jest Takashi Miike, którego obrazy znane są z brutalności i masy czerwonej farby na ekranie. Filmowiec przyzwyczaił już swoich widzów do scen, gdzie sieka się głowy, torturuje i gwałci.
W Full Metal Yakuza doświadczymy każdego po trochu.

Kensuke Hagane to próżny człowiek, w którego głowie tkwi jednak marzenie o bycie yakuzą. Mimo tego nie wykazuje on żadnego potencjału i wkrótce staje się pośmiewiskiem dla wszystkich w gangu. Za swój wzór prawdziwego yakuza obrał sobie niejakiego Tousa, twardego mężczyznę z wytatuowanym smokiem na plecach.
Po siedmiu latach pobytu w więzieniu, Tous wychodzi na wolność, a Hagane zostaje jego szoferem.
Niestety niedługo potem kilku ludzi z gangu Tousa zdradza swojego przywódcę i ginie on wraz z Hagane w gradzie kul. Wkrótce Kensuke budzi się w dziwnym laboratorium i stwierdza, że jego głowa została usunięta, a ciało leży gdzieś na pobliskim stole...
Niczego tu nie należy brać poważnie, a zwłaszcza powstania ów Hagane-cyborga, który aby nabrać energii ''życiowej'' wcina sobie w najlepsze kule oraz inne różniaste żelastwa.
Z początku dowiadujemy się, że jego ciało jest w pełni metalowe, jednak potem naukowiec, który stworzył cyborga oznajmia mu, że kilka części zostało mu ''przeszczepionych'' z ciała Tousa, a w tym i...penis, co mogłoby okazać się przydatne, gdy nasz bohater poznaje byłą kobietę gangstera. Jednak bądź, co bądź - nie wykorzystuje swojego ''atutu męskości'' (choć zakochuje się w kobiecie, a ona w nim). Woli całkowicie oddać się zemście i przybiera ona na sile w momencie porwania ukochanej przez konkurencyjny gang yakuza.
Przyznaję, że właśnie wtedy jatka staje się naprawdę ciekawa. Wprawdzie już od początku, kiedy Hagane-cyborg wyrusza na poszukiwanie zdrajców jest interesująco i mamy okazję posmakować dużej dawki brutalnej walki, to jednak właśnie scena, kiedy była kobieta Tousa zostaje porwana i nasz bohater się o tym dowiaduje...tu zaczyna się totalnie szaleńcze kino. Krew tryska na wszystkie strony, pojawia się kilka ciekawych scen tortur i wiele surrealizmu.
Jeśli chodzi o sam cyberpunk, do którego nurtu film się zalicza, to efekty wizualne są na podobnym poziomie, jak miało to miejsce w przypadku Androida z Notre Dame. Widać to zwłaszcza w scenie, kiedy Hagane przekształca się w cyborga.
Całość wypada bardzo efektownie.
Full Metal Yakuza jest filmem bardzo interesującym, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że powstał przy niskim budżecie, jakim dysponował Miike. Fanów kina cyberpunkowego, do których zaliczam się i ja, z pewnością ucieszą oglądane wizualizacje. Wprawdzie pojawia się kilka scen, których nie możemy w żaden sposób powiązać z pokazywaną historią (jak np. próba stworzenia kobiety-cyborga), jednak jest ich niewiele i pewnie większość widzów nawet nie zwróci na nie uwagi.
To godny uwagi, ekstremalny japoński cyberpunk, który polecam każdemu miłośnikowi filmowego surrealizmu.
W Full Metal Yakuza doświadczymy każdego po trochu.

Kensuke Hagane to próżny człowiek, w którego głowie tkwi jednak marzenie o bycie yakuzą. Mimo tego nie wykazuje on żadnego potencjału i wkrótce staje się pośmiewiskiem dla wszystkich w gangu. Za swój wzór prawdziwego yakuza obrał sobie niejakiego Tousa, twardego mężczyznę z wytatuowanym smokiem na plecach.
Po siedmiu latach pobytu w więzieniu, Tous wychodzi na wolność, a Hagane zostaje jego szoferem.
Niestety niedługo potem kilku ludzi z gangu Tousa zdradza swojego przywódcę i ginie on wraz z Hagane w gradzie kul. Wkrótce Kensuke budzi się w dziwnym laboratorium i stwierdza, że jego głowa została usunięta, a ciało leży gdzieś na pobliskim stole...
Niczego tu nie należy brać poważnie, a zwłaszcza powstania ów Hagane-cyborga, który aby nabrać energii ''życiowej'' wcina sobie w najlepsze kule oraz inne różniaste żelastwa.
Z początku dowiadujemy się, że jego ciało jest w pełni metalowe, jednak potem naukowiec, który stworzył cyborga oznajmia mu, że kilka części zostało mu ''przeszczepionych'' z ciała Tousa, a w tym i...penis, co mogłoby okazać się przydatne, gdy nasz bohater poznaje byłą kobietę gangstera. Jednak bądź, co bądź - nie wykorzystuje swojego ''atutu męskości'' (choć zakochuje się w kobiecie, a ona w nim). Woli całkowicie oddać się zemście i przybiera ona na sile w momencie porwania ukochanej przez konkurencyjny gang yakuza.
Przyznaję, że właśnie wtedy jatka staje się naprawdę ciekawa. Wprawdzie już od początku, kiedy Hagane-cyborg wyrusza na poszukiwanie zdrajców jest interesująco i mamy okazję posmakować dużej dawki brutalnej walki, to jednak właśnie scena, kiedy była kobieta Tousa zostaje porwana i nasz bohater się o tym dowiaduje...tu zaczyna się totalnie szaleńcze kino. Krew tryska na wszystkie strony, pojawia się kilka ciekawych scen tortur i wiele surrealizmu.
Jeśli chodzi o sam cyberpunk, do którego nurtu film się zalicza, to efekty wizualne są na podobnym poziomie, jak miało to miejsce w przypadku Androida z Notre Dame. Widać to zwłaszcza w scenie, kiedy Hagane przekształca się w cyborga.
Całość wypada bardzo efektownie.
Full Metal Yakuza jest filmem bardzo interesującym, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że powstał przy niskim budżecie, jakim dysponował Miike. Fanów kina cyberpunkowego, do których zaliczam się i ja, z pewnością ucieszą oglądane wizualizacje. Wprawdzie pojawia się kilka scen, których nie możemy w żaden sposób powiązać z pokazywaną historią (jak np. próba stworzenia kobiety-cyborga), jednak jest ich niewiele i pewnie większość widzów nawet nie zwróci na nie uwagi.
To godny uwagi, ekstremalny japoński cyberpunk, który polecam każdemu miłośnikowi filmowego surrealizmu.
Tagi:
cyberpunk
film
full metal gokudô
full metal yakuza
japonia
kino
sakebi
surrealizm
takashi miike
06.10.2009 o godz. 18:48
Grupa Anglików z brytyjskiego oddziału koncernu zbrojeniowego Palisade Defence udaje się na weekend integracyjny, który ma spędzić w luksusowym domku w lesie na Węgrzech.
Dacza nie dość, że okazuje się mało luksusowa, to jeszcze krążą wieści, że miała być schronieniem psychopatycznych przestępców wojennych.
Pogłoski okazują się prawdziwe, gdyż wycieczkowicze zaczynają ginąć jeden po drugim, zamordowani w przerażający sposób.

Formuła mocno oklepana, ale Christopher Smith postarał się o to, aby film jednak się trochę różnił, przynajmniej poziomem, od schematycznych obrazów z głupawymi nastolatkami, które ktoś lub coś pozbawia życia w wyrafinowany sposób.
To także ma miejsce w Redukcji, której bohaterowie żegnają się z ziemskim padołem również z powodu niebanalnych metod zabijania. Jednak na tym nie poprzestaniemy i sporo uwagi poświęcono samym bohaterom, dzięki czemu widz ma czas trochę się z nimi zżyć.
Gatunkowo Redukcja jest nie tylko horrorem, ale również po części komedią z zacięciem satyrycznym.
Jako horror umiejętnie trzyma w napięciu, a grozę i to, co się wydarzy, zgrabnie zapowiada już scena początkowa...
Myślę, że warto zapoznać się z tą produkcją, bo nie jest to tylko typowy kicz horrorowy, ale ciekawie dobrana i przede wszystkim zgrana groza z humorem.
Dacza nie dość, że okazuje się mało luksusowa, to jeszcze krążą wieści, że miała być schronieniem psychopatycznych przestępców wojennych.
Pogłoski okazują się prawdziwe, gdyż wycieczkowicze zaczynają ginąć jeden po drugim, zamordowani w przerażający sposób.

Formuła mocno oklepana, ale Christopher Smith postarał się o to, aby film jednak się trochę różnił, przynajmniej poziomem, od schematycznych obrazów z głupawymi nastolatkami, które ktoś lub coś pozbawia życia w wyrafinowany sposób.
To także ma miejsce w Redukcji, której bohaterowie żegnają się z ziemskim padołem również z powodu niebanalnych metod zabijania. Jednak na tym nie poprzestaniemy i sporo uwagi poświęcono samym bohaterom, dzięki czemu widz ma czas trochę się z nimi zżyć.
Gatunkowo Redukcja jest nie tylko horrorem, ale również po części komedią z zacięciem satyrycznym.
Jako horror umiejętnie trzyma w napięciu, a grozę i to, co się wydarzy, zgrabnie zapowiada już scena początkowa...
Myślę, że warto zapoznać się z tą produkcją, bo nie jest to tylko typowy kicz horrorowy, ale ciekawie dobrana i przede wszystkim zgrana groza z humorem.
26.09.2009 o godz. 11:50
Napisana w roku 1989 książka, której tytuł brzmi Mania, należy dziś do jednych z najlepszych powieści grozy Guy N. Smitha, brytyjskiego pisarza, który już na początku lat 70-tych zafascynowany horrorem, zaczął pisać krótkie opowiadania grozy dla magazynu London Mystery Magazine.
Mimo, iż jego horrory, których dziś napisał już dość pokaźną ilość (około 64) zaliczane są do niezbyt ambitnej literatury, to jednak zdobyły dużą popularność na całym świecie, a autor zyskał liczne rzesze fanów.

Troje podróżnych, przygnanych śnieżycą, znajduje schronienie w małym, wydawać by się mogło, spokojnym hoteliku. Wkrótce okazuje się, że jest to miejsce opanowane przez szatana, który oddziałuje na mieszkańców, zmieniając ich życie w krwawy koszmar.
Kiedy w ręce po raz pierwszy wpadła mi książka Guy N. Smitha - Sabat 3: Kult kanibali, był rok około 1994-95. Pamiętam, że zrobiła na mnie piorunujące wrażenie, a jako że znalazłam ją na półce wujka, pozwoliłam ją sobie pożyczyć, a w rezultacie została się u mnie na stałe.
Już podczas tej pierwszej lektury, wiedziałam że mam do czynienia z dziełem wyjątkowym, a nazwisko autora na długo, długo pozostało mi w pamięci.
Dziś, jako zagorzała fanka powieści Smitha, mogę się pochwalić dość pokaźną kolekcją jego książek, a wśród nich jest i ta, którą pragnę Wam dziś przedstawić...
Kiedy trwała (i zresztą trwa do dziś) moja głęboka fascynacja dziełami Smitha (wówczas książki pożyczałam od kuzynki i ciotki), pochłaniałam wszystko, co wpadało mi w ręce i było podpisane nazwiskiem ''Guy N. Smith''. Pamiętam, że gdy przyszła kolej na Manię, kuzynka nie chciała mi książki pożyczyć, ba...ona po prostu nie chciała, abym ją przeczytała. Dopiero po kilku latach, kiedy tytuł ten stał się moją własnością, zrozumiałam dlaczego...
Historia, którą nam przedstawia Smith w swojej książce jest totalnym obłędem.
Te oto słowa przeczytamy na pierwszej stronie książki. Jeśli napisał je sam autor, wiedział co czyni. Mania jest na wskroś przepełniona złem. Opisy rozgrywanych wydarzeń, bohaterów, ponurych lokacji są tak wyraźne i tak szczegółowo opisane, że ma się niemal wrażenie, jakbyśmy oglądali film...oczywiście oczami wyobraźni.
Nawet kiedy autor opisuje np. fetor, jaki towarzyszy gnijącym ciałom czy obecności w pobliżu samego szatana...możemy sobie wyobrazić ten smród.
Dodatkowym smaczkiem jest olbrzymia ilość erotyki, jaką Smith w swej powieści przedstawia. Niekiedy opisy są lepsze niż niejeden film erotyczny i na wyobraźnie zadziałać potrafi całkiem nieźle.
Po dłuższym czasie czytania książki non-stop miałam wrażenie, że zupełnie przeniknęłam do opisywanego świata i obłęd, jaki dopadł bohaterów, dopadł także i mnie. Naprawdę człowiek może odjechać w niezły schiz...
...i pewnie za to kocham te nieco kiczowate, lecz jakże klimatyczne horrory Guy N. Smitha.
Polecam.
# Autor: Smith Guy N. (Smith Guy Newman)
# Tytuł oryginalny: Mania
# Język oryginalny: angielski
# Kategoria: Literatura piękna
# Gatunek: horror
# Forma: powieść
# Wydawnictwo: Phantom Press
# Rok wydania (Polska): 1991
Mimo, iż jego horrory, których dziś napisał już dość pokaźną ilość (około 64) zaliczane są do niezbyt ambitnej literatury, to jednak zdobyły dużą popularność na całym świecie, a autor zyskał liczne rzesze fanów.

Troje podróżnych, przygnanych śnieżycą, znajduje schronienie w małym, wydawać by się mogło, spokojnym hoteliku. Wkrótce okazuje się, że jest to miejsce opanowane przez szatana, który oddziałuje na mieszkańców, zmieniając ich życie w krwawy koszmar.
Kiedy w ręce po raz pierwszy wpadła mi książka Guy N. Smitha - Sabat 3: Kult kanibali, był rok około 1994-95. Pamiętam, że zrobiła na mnie piorunujące wrażenie, a jako że znalazłam ją na półce wujka, pozwoliłam ją sobie pożyczyć, a w rezultacie została się u mnie na stałe.
Już podczas tej pierwszej lektury, wiedziałam że mam do czynienia z dziełem wyjątkowym, a nazwisko autora na długo, długo pozostało mi w pamięci.
Dziś, jako zagorzała fanka powieści Smitha, mogę się pochwalić dość pokaźną kolekcją jego książek, a wśród nich jest i ta, którą pragnę Wam dziś przedstawić...
Kiedy trwała (i zresztą trwa do dziś) moja głęboka fascynacja dziełami Smitha (wówczas książki pożyczałam od kuzynki i ciotki), pochłaniałam wszystko, co wpadało mi w ręce i było podpisane nazwiskiem ''Guy N. Smith''. Pamiętam, że gdy przyszła kolej na Manię, kuzynka nie chciała mi książki pożyczyć, ba...ona po prostu nie chciała, abym ją przeczytała. Dopiero po kilku latach, kiedy tytuł ten stał się moją własnością, zrozumiałam dlaczego...
Historia, którą nam przedstawia Smith w swojej książce jest totalnym obłędem.
''Przed wami wędrówka w najciemniejsze zakamarki ludzkiego umysłu, odkrywanie nieznanego. Wasz spokój będzie zagrożony, dlatego podróż tę podejmujecie na własne ryzyko. Dla niektórych z was może już nie być powrotu.''
Te oto słowa przeczytamy na pierwszej stronie książki. Jeśli napisał je sam autor, wiedział co czyni. Mania jest na wskroś przepełniona złem. Opisy rozgrywanych wydarzeń, bohaterów, ponurych lokacji są tak wyraźne i tak szczegółowo opisane, że ma się niemal wrażenie, jakbyśmy oglądali film...oczywiście oczami wyobraźni.
Nawet kiedy autor opisuje np. fetor, jaki towarzyszy gnijącym ciałom czy obecności w pobliżu samego szatana...możemy sobie wyobrazić ten smród.
Dodatkowym smaczkiem jest olbrzymia ilość erotyki, jaką Smith w swej powieści przedstawia. Niekiedy opisy są lepsze niż niejeden film erotyczny i na wyobraźnie zadziałać potrafi całkiem nieźle.
Po dłuższym czasie czytania książki non-stop miałam wrażenie, że zupełnie przeniknęłam do opisywanego świata i obłęd, jaki dopadł bohaterów, dopadł także i mnie. Naprawdę człowiek może odjechać w niezły schiz...
...i pewnie za to kocham te nieco kiczowate, lecz jakże klimatyczne horrory Guy N. Smitha.
Polecam.
# Autor: Smith Guy N. (Smith Guy Newman)
# Tytuł oryginalny: Mania
# Język oryginalny: angielski
# Kategoria: Literatura piękna
# Gatunek: horror
# Forma: powieść
# Wydawnictwo: Phantom Press
# Rok wydania (Polska): 1991
24.09.2009 o godz. 14:17
Mogłoby się wydawać, że nie powstanie już ciekawy film o nawiedzonym lesie, tudzież zagubionych turystach, których wyprawa w urokliwe leśne tereny przemieni się w prawdziwy koszmar.
A jednak koreański reżyser Jeong-min Kim, potrafił zrobić horror interesujący, który właśnie wykorzystuje tematykę tajemniczego lasu oraz grupki młodych ludzi pragnących mocnych wrażeń. Jest ciekawie.

Woo-jin, Jung-ah i trójka ich znajomych wybierają się na wycieczkę treningową w góry. Po drodze Se-Eun i Joon-hoo zostają ranni. Grupa musi stawić czoło poważnej przeszkodzie - telefony nie mają zasięgu, więc są oni odcięci od świata. Jung-ah jest szczególnie zdenerwowana - ma zdolność widzenia przyszłych zdarzeń, którą odziedziczyła po rodzicach - szamanach. Przerażone towarzystwo będzie miało okazję doświadczyć wstrząsających sekretów lasu...
I tyle w skrócie fabuła...
Niestety, film nie ustrzegł się stereotypowej fabuły, przez co z góry będziemy mogli przewidzieć o co w tym wszystkim chodzi. Ludzie jeden po drugim giną, a wśród nich znajdzie się romantyczna para, która stawi dzielnie czoła niebezpieczeństwu.
Taka konstrukcja filmu ciągnie się nieprzerwanie już od kilku lat w zachodnim kinie (i to nie tylko grozy). Jak widać trafiła teraz także na azjatycki grunt.
Kolejnym minusem, o którym trzeba tu wspomnieć, to nielogiczność niektórych scen.
I tak na przykład do dziś nie bardzo rozumiem, dlaczego Woo-jin po zaginięciu swojego przyjaciela nie poszedł od razu na policję, a nakazał sprawdzić teren, zagłębiając się w okoliczne lasy. Oczywiście próbował on skorzystać z telefonu komórkowego, aby wezwać pomoc, niestety na nic się to nie zdało, gdyż nie było sygnału, co też nie jest żadną nowością. Niejednokrotnie zapewne i nam zdarzało się, że będąc w lesie, gdzie wokół same drzewa, traciliśmy zasięg. Niestety nasz bohater jakby nie bardzo zdawał sobie z tego sprawę i raz za razem próbował się dodzwonić tu i tam.
Osobiście nie przypadł mi do gustu pomysł z darem Jeong-ah. Widziała ona przyszłe wydarzenia, ale mimo tego wszystko było jakoś mało inspirujące. W końcu ten wątek wysunął się na pierwszy plan opowiadanej historii. Może to i dobrze.
Mimo w/w minusów film jednak na swój sposób jest ciekawy. Mroczny klimat ciemnego lasu, niepewność bohaterów i bądź co bądź niekiedy przerażające wydarzenia robią swoje. Tu produkcja Jeong-min Kim sprawdza się znakomicie. Las powoli odkrywa przed bohaterami swoje mroczne tajemnice, a my razem z nimi mamy okazję poznać ten dziwaczny i przerażający świat. Momentami wydaje się, że ludzie nie mają szans w starciu z panującymi w tym miejscu siłami zła.
Myślę, że jak na horror klasy B, Dark Forest daje sobie radę całkiem nieźle. Poczujemy dreszczyk emocji, najemy się trochę strachu, poznamy intrygującą tajemnicę...czego więcej trzeba w horrorze? No, może wspomniane nielogiczności popsują nam nieco zabawę, ale kto tam się będzie czepiał.
Krótko mówiąc (a raczej pisząc): kolejna porządna koreańska produkcja grozy, z którą powinien się zapoznać każdy fan skośnookiego strachu.
A jednak koreański reżyser Jeong-min Kim, potrafił zrobić horror interesujący, który właśnie wykorzystuje tematykę tajemniczego lasu oraz grupki młodych ludzi pragnących mocnych wrażeń. Jest ciekawie.

Woo-jin, Jung-ah i trójka ich znajomych wybierają się na wycieczkę treningową w góry. Po drodze Se-Eun i Joon-hoo zostają ranni. Grupa musi stawić czoło poważnej przeszkodzie - telefony nie mają zasięgu, więc są oni odcięci od świata. Jung-ah jest szczególnie zdenerwowana - ma zdolność widzenia przyszłych zdarzeń, którą odziedziczyła po rodzicach - szamanach. Przerażone towarzystwo będzie miało okazję doświadczyć wstrząsających sekretów lasu...
I tyle w skrócie fabuła...
Niestety, film nie ustrzegł się stereotypowej fabuły, przez co z góry będziemy mogli przewidzieć o co w tym wszystkim chodzi. Ludzie jeden po drugim giną, a wśród nich znajdzie się romantyczna para, która stawi dzielnie czoła niebezpieczeństwu.
Taka konstrukcja filmu ciągnie się nieprzerwanie już od kilku lat w zachodnim kinie (i to nie tylko grozy). Jak widać trafiła teraz także na azjatycki grunt.
Kolejnym minusem, o którym trzeba tu wspomnieć, to nielogiczność niektórych scen.
I tak na przykład do dziś nie bardzo rozumiem, dlaczego Woo-jin po zaginięciu swojego przyjaciela nie poszedł od razu na policję, a nakazał sprawdzić teren, zagłębiając się w okoliczne lasy. Oczywiście próbował on skorzystać z telefonu komórkowego, aby wezwać pomoc, niestety na nic się to nie zdało, gdyż nie było sygnału, co też nie jest żadną nowością. Niejednokrotnie zapewne i nam zdarzało się, że będąc w lesie, gdzie wokół same drzewa, traciliśmy zasięg. Niestety nasz bohater jakby nie bardzo zdawał sobie z tego sprawę i raz za razem próbował się dodzwonić tu i tam.
Osobiście nie przypadł mi do gustu pomysł z darem Jeong-ah. Widziała ona przyszłe wydarzenia, ale mimo tego wszystko było jakoś mało inspirujące. W końcu ten wątek wysunął się na pierwszy plan opowiadanej historii. Może to i dobrze.
Mimo w/w minusów film jednak na swój sposób jest ciekawy. Mroczny klimat ciemnego lasu, niepewność bohaterów i bądź co bądź niekiedy przerażające wydarzenia robią swoje. Tu produkcja Jeong-min Kim sprawdza się znakomicie. Las powoli odkrywa przed bohaterami swoje mroczne tajemnice, a my razem z nimi mamy okazję poznać ten dziwaczny i przerażający świat. Momentami wydaje się, że ludzie nie mają szans w starciu z panującymi w tym miejscu siłami zła.
Myślę, że jak na horror klasy B, Dark Forest daje sobie radę całkiem nieźle. Poczujemy dreszczyk emocji, najemy się trochę strachu, poznamy intrygującą tajemnicę...czego więcej trzeba w horrorze? No, może wspomniane nielogiczności popsują nam nieco zabawę, ale kto tam się będzie czepiał.
Krótko mówiąc (a raczej pisząc): kolejna porządna koreańska produkcja grozy, z którą powinien się zapoznać każdy fan skośnookiego strachu.
22.09.2009 o godz. 10:35
Ten wspaniały dramat, którego twórcą jest nie kto inny, jak znakomity Kiyoshi Kurosawa w dogłębny sposób przedstawia analizę rozpadu współczesnej japońskiej rodziny. Ojciec niedawno stracił pracę, ale ukrywa prawdę przed najbliższymi. Starszy syn, uczeń collegu, niechętnie wraca do domu. Młodszy w tajemnicy bierze lekcje gry na fortepianie. Matka nie może w sobie znaleźć woli, żeby scalać rodzinne więzi...

Tym krótkim wstępem oto przybliżyłam także szczątkowo fabułę filmu, który otrzymał nominację w 2008 roku za najlepszą reżyserię i scenariusz na festiwalu Asia Pacific Screen.
Reżyser już niejednokrotnie zasłynął w światku japońskich horrorów za sprawą takich filmów jak: Cure (1997) czy Retribution (Sakebi) z roku 2006. Tym razem jednak mamy do czynienia z dziełem o nieco innym wydźwięku. Wprawdzie Tokyo Sonata po części podziela podobną tematykę, jak dwa wcześniejsze filmy, to jednak robi to w nieco inny sposób.
Przede wszystkim brak tu jakichkolwiek elementów horrorów, bohaterowie nie są odrywani od rzeczywistości i nie doświadczymy tu żadnego ''extreme''. Nie znajdziemy tu niespokojnych wizji męczących naszych bohaterów czy też nieziemskich objawień. Zamiast tego obejrzymy pozornie normalną rodzinę wplecioną w trudne życie współczesnego wielkiego miasta, która musi się zmagać z tradycyjną strukturą metropolii, rolami społecznymi, które - czy chcemy czy nie - są na nas dziś narzucane. Film podejmuje także problematykę tzw. sumienia zbiorowego.
Zamiarem reżysera było przede wszystkim ukazanie życia zwyczajnej japońskiej rodziny, mieszkającej we współczesnej Japonii.
Mimo iż każdy z bohaterów przeżywa swój indywidualny dramat i stawia czoła kolejnym, własnym przeciwnością losu, to jednak głównym zamierzeniem jest pokazanie bezcelowego życia japońskiego społeczeństwa, a co za tym idzie, rodzin i osób, które go zawierają.
Podobnie jak w wielu filmach Kurosawy, pozorne osiągnięcia zbawienia jest tak naprawdę niemożliwe. Trzeba zmierzyć się ze swoimi demonami i przejść przez ognie piekielne, aby to zbawienie osiągnąć.
Takim piekłem w Tokyo Sonata jest bardzo realne zagrożenie i doświadczenie ''wypadnięcia'' ze społeczeństwa, zagubienie własnej tożsamości, a przede wszystkim utracenie sensu życia.
To, co zachwyca w tym filmie najbardziej, to fakt, że podczas seansu zdajemy sobie sprawę, że mamy do czynienia z historią, która tak naprawdę może dotyczyć także nas samych, naszych sąsiadów czy bliskich. Wprawdzie wszystko rozgrywa się w Japonii, w realiach japońskiej rodziny, ale czy dzisiejsze problemy społeczeństwa nie są uniwersalne?
Dodatkowym plusem jest samo przedstawienie problematyki filmu: zdjęcia i niuanse są tu niemal namacalne. Także obsada jest bardzo przekonująca. Nieco mniej przekonujące są niektóre elementy fabuły, które wprowadzają niepotrzebnie odczucie przesady. Nie jest tego jednak aż tak wiele, dlatego też daruję sobie szczegóły.
Uważam, że warto chwycić za ten film, bo jest to znakomita odskocznia od nieco pokręconych dzieł Kurosawy, którymi reżyser karmił nas do tej pory.
Podziękowania dla Yumi za udostępnienie recenzji!

Tym krótkim wstępem oto przybliżyłam także szczątkowo fabułę filmu, który otrzymał nominację w 2008 roku za najlepszą reżyserię i scenariusz na festiwalu Asia Pacific Screen.
Reżyser już niejednokrotnie zasłynął w światku japońskich horrorów za sprawą takich filmów jak: Cure (1997) czy Retribution (Sakebi) z roku 2006. Tym razem jednak mamy do czynienia z dziełem o nieco innym wydźwięku. Wprawdzie Tokyo Sonata po części podziela podobną tematykę, jak dwa wcześniejsze filmy, to jednak robi to w nieco inny sposób.
Przede wszystkim brak tu jakichkolwiek elementów horrorów, bohaterowie nie są odrywani od rzeczywistości i nie doświadczymy tu żadnego ''extreme''. Nie znajdziemy tu niespokojnych wizji męczących naszych bohaterów czy też nieziemskich objawień. Zamiast tego obejrzymy pozornie normalną rodzinę wplecioną w trudne życie współczesnego wielkiego miasta, która musi się zmagać z tradycyjną strukturą metropolii, rolami społecznymi, które - czy chcemy czy nie - są na nas dziś narzucane. Film podejmuje także problematykę tzw. sumienia zbiorowego.
Zamiarem reżysera było przede wszystkim ukazanie życia zwyczajnej japońskiej rodziny, mieszkającej we współczesnej Japonii.
Mimo iż każdy z bohaterów przeżywa swój indywidualny dramat i stawia czoła kolejnym, własnym przeciwnością losu, to jednak głównym zamierzeniem jest pokazanie bezcelowego życia japońskiego społeczeństwa, a co za tym idzie, rodzin i osób, które go zawierają.
Podobnie jak w wielu filmach Kurosawy, pozorne osiągnięcia zbawienia jest tak naprawdę niemożliwe. Trzeba zmierzyć się ze swoimi demonami i przejść przez ognie piekielne, aby to zbawienie osiągnąć.
Takim piekłem w Tokyo Sonata jest bardzo realne zagrożenie i doświadczenie ''wypadnięcia'' ze społeczeństwa, zagubienie własnej tożsamości, a przede wszystkim utracenie sensu życia.
To, co zachwyca w tym filmie najbardziej, to fakt, że podczas seansu zdajemy sobie sprawę, że mamy do czynienia z historią, która tak naprawdę może dotyczyć także nas samych, naszych sąsiadów czy bliskich. Wprawdzie wszystko rozgrywa się w Japonii, w realiach japońskiej rodziny, ale czy dzisiejsze problemy społeczeństwa nie są uniwersalne?
Dodatkowym plusem jest samo przedstawienie problematyki filmu: zdjęcia i niuanse są tu niemal namacalne. Także obsada jest bardzo przekonująca. Nieco mniej przekonujące są niektóre elementy fabuły, które wprowadzają niepotrzebnie odczucie przesady. Nie jest tego jednak aż tak wiele, dlatego też daruję sobie szczegóły.
Uważam, że warto chwycić za ten film, bo jest to znakomita odskocznia od nieco pokręconych dzieł Kurosawy, którymi reżyser karmił nas do tej pory.
Podziękowania dla Yumi za udostępnienie recenzji!
18.09.2009 o godz. 19:55











